Ostatnio usłyszałam od znajomej, że bardzo chciałaby zacząć biegać, ale wpierw musiałaby dużo schudnąć. Brew mi drgnęła, a ręce opadły (znaczy się, że nie było już dobrze). Oczywiście osoby, które zmagają się ze sporą nadwagą powinny być w swoich działaniach ostrożne i "nie robić tego samemu w domu" - ryzyko kontuzji i krzywdy, którą mogą wyrządzić niemądre działania są spore. Ale nie o tym dzisiaj. Wspomniana znajoma nie cierpi na żadne schorzenie, jest "normalną" dziewczyną, bardzo ładną kobietą i wspomniane "dużo-schudnięcie" to ostatnia rzecz, którą by zalecił jej ktokolwiek, kto ma trochę oleju w głowie. I kropka, i punto i cześć.

Mówi się, że ptak lata, ryba pływa, a człowiek biega. Bieganie wydaje się być zupełnie naturalną dla człowieka czynnością, odkąd ktoś podjął decyzję, że będziemy mieć dwie nogi - prawą i lewą. Teoretycznie tak powinno być, a czy tak właśnie jest wie ten, kto próbował dogonić autobus albo mierzył się z zepsutą windą (to jest posiadł możliwość bezpośredniego kontatu ze schodami). Żeby biegać, trzeba biegać. A żeby biegać trzeba się najpierw porządnie "nachodzić" - przygotować wspomniane dwie nogi do tego rodzaju wysiłku. Uprzedzić mięśnie, że będzie trochę bolało, dać znać stawom, że coś więcej od nich chcemy i "nie wypluć płuc" kiedy wybierzemy się na pierwszy jeden czy dwa kilometry biegu. Nawet jeśli umiesz dobrze skakać, pewnych rzeczy nie przeskoczysz.

Bieganie stało się swojego rodzaju czy to modą, czy to wybuchło - jak epidemia i biegają już niemal wszyscy. Wiele osób próbuje, wiele osób twierdzi, że bardzo tego nie lubi, szuka innej formy ruchu czy też podejmuje kolejną i kolejną próbę. Inni nie spróbują nigdy, a jeszcze inni czekają, aż schudną, aby zmierzyć się z tym wyzwaniem. Są i tacy, którzy chcą schudnąć dzięki bieganiu, a jeszcze inni biegają i nie chudną. Przypadków jest wiele. Wyzwań również - począwszy od wyboru odpowiednich butów, bo czasy, kiedy próbowaliśmy swoich sił na ścieżkach biegowych w trampkach minęły bezpowrotnie. Każdy z biegaczy, truchtaczy, amatorów biegania czy ktokolwiek, kto miał z tym do czynienia chociażby przez chwilę posiada swoją własną historię. 

Opowiemy Wam dzisiaj jedną z tych historii. Zapowiada się całkiem wesoła - nie jest naszym celem, ni zamiarem sprzedawać Wam biegowych smutasów (zapewne same się pojawią w postaci odcisków, zakwasów, paznokci R.I.P. itp.). Będzie też zupełnie prawdziwa, autentyczna i szczera. Gotowi?

Całkiem niedawno, niedawno temu była sobie dziewczyna (a nawet dalej jest!), której znudziły się już zabawy z kolokwialnym żelastwem i zaraz po tym, jak jej barki stały się nieposłuszne i nie zmieściły się w białej "pracowej" koszuli postanowiła zacząć biegać. Wykonała wówczas całkiem - wydawałoby się - logiczną czynność, a mianowicie - poszła biegać. Wydarzenie to zostało poprzedzone założeniem "jakichśtam" butów sportowych, "jakichśtam" sportowych ciuchów (a tych u niej pod dostatkiem, w przeciwieństwiej do "pracowych' koszul...) i oto poszła, poleciała i cześć. Dobry znajomy trener powiedział, że ciało (mówiąc skrótem myślowym) musi przygotować się do tego rodzaju wysiłku około 6 tygodni. Że co? Że jak? Że ile? Przecież ja idę biegać! Dodatkowo przygotowała się w kwestii mentalnej - obejrzała wiele motywujących filmików i uśmiechała się do reklam i billboardów uśmiechniętych biegaczek spoglądających na wszystkich z góry (takiej prawdziwej, niemetaforycznej, bo jak wiemy billboardy zlokalizowane są całkiem wysoko!). Trochę jednak wydały się być - te reklamowe biedaczki - zadufane i zapatrzone w siebie, no ale - jeśli wyglądasz jak milion dolarów po dziesięciu kilometrach biegu... W głowie naszej dziewczyny pojawiły się wątpliwości i pytania - czy te dziewczyny się pocą? Czy to możliwe, aby po bieganiu wyglądać lepiej niż przed? Czy im też słuchawki wypadają ciągle z tego samego ucha, jakby było z nim coś nie tak? Czy też tak dyszą? Czy nie chce im się, a może - błagam, niech to będzie prawda - też od razu po wyjściu z domu chce im się siku? 

Tyle pytań! 

A ona milczy. Patrzy w dal i milczy, a jej (naszej - onej, owej, dziewczynie) wydaje się, że jest coraz gorzej. Wydaje jej się, że już przebiegła kilometr, a tu zaledwie dwieście metrów za nią. Wiadomo, że na oko - przecież logiczne, że nie ma żadnego zegarka, a obługa endomondo z telefonu, kiedy właśnie stykasz się z (rzeczywistością...) i rychłym zgonem nie jest możliwa. NIE JEST. Nasza dziewczyna - mokra od potu własnego, stresu przed tym całym bieganiem, po kilkuset metrach boi się, że spotka kogoś, przypadkiem, nieznajomego, przystojnego, kto zapyta jej, czy właśnie zwiała spod prysznica? TAK WŁAŚNIE WYGLĄDA.

Czuje się jeszcze gorzej. Na dziewczynę z billboardu nie ma odwagi spojrzeć, chociaż - mówiąc szczerze - trochę by jej nawciskała to i owo. Ubrała się chyba za ciepło (tłumaczy sobie). Nie umie biegać. Jest ciężka, ma ciężkie nogi, ciężką pupę i coraz cięższe serce! 

Nasza dziewczyna nie należy do osób kruchej i szczupłej budowy. Nogi - faktycznie silne i duże. Całoroczna ciąża spożywcza - znaczy się, że strój kąpielowy z dwóch części odpada. Nie ma go nawet w szafie. Nie raz słyszała (od przyjaciół, w ramach życzliwości i miłości): ale masz za to takie ładne oczy. Całkiem białe zęby. Ładny uśmiech. Gęste włosy. Wiecie co jest najgorsze w tym wszystkim?

WSZYSCY MAJĄ PIĘKNE OCZY. Czy są jakieś oczy, które pozbawione są urody? No, ale dobra. Nie będziemy się nad dziewczyną użalać. Ostatecznie - mieści się w drzwiach, zajmuje jeden fotel w kinie i prawie jedno siedzenie w pociągu! Od dwóch lat ubiera nawet krótkie spodenki w lecie, a uwierzcie, że długo tego nie robiła. Jej łydka mogłaby zabić niejednego koksa! A oprócz tego - jak każdy, każda z nas - najpiękniejsze ma przecież serce. Tyle, że ktoś sprytnie sobie wymyślił, że go nie widać. 

Piszemy o tym, abyście wiedzieli, mieli świadomość i nie zapominali, że nie jesteśmy idealne. Najpiękniejsze jest to, że staramy się być - nie, nie idealne. Że staramy się być lepsze i dobre dla siebie. Bo nawet kiedy nie masz w tej swojej pożałowania godnej szafie pięknego stroju, a te "całkiem białe zęby" to niedługo ci całkiem już wylecą (i stracisz ładny uśmiech) bo oprócz urody są strasznie beznadziejne - starasz się być dla siebie dobra. I wtedy jesteś piękna. I szczęśliwa.

Nasza dziewczyna - całe szczęście - postanowiła się nie poddawać. Nie napiszemy teraz, że już na drugim treningu pokonała pięć kilometrów, nie spociła się i zaczęła ładnie wyglądać, wydając z siebie woń fiołków. Chyba, że po treningu pływackim - wtedy przynajmniej "prysznic" się zgadza :) Pamiętamy, jak z dumą (co zresztą nas dzis bawi) opowiadała koledze o tym, że przebiegła trzy kilometry CIĄGIEM. CIĄGIEM, rozumiecie? Trzy! Znaczy się, trzy tysiące metrów. Znaczy się, że sukces. Po jakimś czasie przebiegła pierwszą piątkę, a to już połowa do WYMARZONEJ dychy. Niewiele pamięta, bo chyba chciała wyzionąć ducha. Endorfiny są super, ale zdaje się, że nie pachną za dobrze. Pierwsze zawody biegowe? Chęć ucieczki w połowie dystanu. Pierwsze zawody biegowe? Niezmierzone wszystkimi linijkami na ziemi - wielkie szczęście. Oczywiście, że chciała kupić całkiem porządne buty, że gdzieś, kiedyś pojawiły się plany zakupu zegarka, stu pięćdziesięciu koszulek biegowych - różowe, trochę różowe, całkiem różowe i trochę bardzo różowe. 

W niedzielę biegnie trzeci półmaraton. A wiecie, że to dystans siedem razy trzytysiące metrów? CIĄGIEM. W kwestii po-treningowej urody nic się nie zmieniło. Gdyby zechciała spotkać miłość - to pewnie raczej przed niż po! I nadal ma nie ten rozmiar co trzeba. I nadal mogłaby onieśmielić swoją łydką jakiegoś urodziwego kawalera!

I co? I jest szczęśliwa, ponieważ udało jej się znaleźć prawdziwą pasję, a po drodze - większą pewność siebie, kondycję, cudownych przyjaciół i ciągle nowe cele. Apetyt wzrasta w miarę jedzenia, czyż nie? 

Nie odwlekajcie biegania/pływania/kursów/przyjaciół/pasji/marzeń i tak dalej - na później. Tak jak pisała A. Osiecka: Przyjaciele moi i przyjaciółki!Nie odkładajcie na później ani piosenek, ani egzaminów, ani dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości.Nie mówcie jej "przyjdź jutro, przyjdź pojutrze, dziś nie mam dla ciebie czasu". Bo może się zdarzyć, że otworzysz drzwi, a tam stoi zziębnięta staruszka i mówi "Przepraszam, musiałam pomylić adres..." 

***

To moja historia. Jest tak zwykła i tak niezwykła jak Ty.

A jaka jest Twoja?